Miesięczne Archiwa: Grudzień R

7 postów

Re: Szlakiem różowej kropki

Hahahahaha! Zauważyć należy:

1. Piotruś już na wstępie – kiedy dotarliśmy do Trzech Dębów – spytał zawiedziony i zdziwiony zarazem: „To już doszliśmy do celu? Ty to jak zawsze trasę wyczarujesz to nogi odpadają – a tu tak lajtowo” 🙂 No i biedak się nie zawiódł… spytał o to po jakiś 2 km… a skończyło się na szesnastu 😉

2. Dziura w ziemi to i była – ale jaka ładna z górami na horyzoncie (taki lokalny patriotyzm mi się włącza)!!!

3. Owy gęsty las krył piękności – jak poniżej:

4. Sarny latały… taaaa myślałam, ze sarny jako parzystokopytne biegają anie latają… No cóż, trzeba Piotrusiowi wybaczyć, zmęczony już był i ciągle nie uzyskiwał odpowiedzi na męczące go pytanie: „DALEKO JESZCZE???” …

5. Wiedziałam, że mamy do przejścia jeszcze spory kawał, ale przyznać tego nie mogłam – bo by sie biedak załamał, padł w błoto i by tak leżał… aż przyszłaby wiosna i ocknąwszy się rzekł by „ooooo ZAPOMNIAŁEM, że kładłem się w trawie” 🙂 Znając życie zapomniałby w ogóle, że poszedł na wycieczkę !!!

6. Kochany ten mój Piotruś – „planowaliśmy przejść tylko kilka km ze Stefanem, a przeszliśmy ponad 16 km” – hehehehhe kto planował, ten planował 🙂 Ja się nie hańbię kilkukilometrowymi spacerami w tak piękne dni, w tak pięknych miejscach 😛

7. Alleluja była – nie komentuję – sami oceńcie:

Zapewniam, że cover Piotrka w tych okolicznościach nie miał na celu obrazy niczyich uczuć religijnych – był wyrazem wycieńczenia, halucynacji i radości z dotarcia do cywilizacji. Jeśli owy cover kogokolwiek obraża – przepraszamy!

A fotki… trza wywołać… Za chwilę coś wytrzaśniemy… Piotruśśśśśśśś!!! Gdzie masz ten skrypt galerii?!

Szlakiem róŻOwEJ kROPkI ;)

Będąc tak blisko Czech jak byliśmy w okresie między świętami a nowym rokiem, aż wstyd było nie wybrać się na mini wyprawę. W sumie mieliśmy się po prostu przejść ze Stefanem, aby się wybiegał, jednak wycieczka nam się nieco przeciągnęła. Ale od początku.

Wyruszyliśmy sobie beztrosko z Prudnika 🙂 a w sumie to z jego środka 🙂

Szliśmy sobie spokojnie szarpani przez Stefana, wolnym krokiem wzdłuż parku miejskiego ukierunkowani na Pilsner Urquel, bo przecież blisko Czech byliśmy i trzeba było to wypić (nawet mi zasmakowało mimo że wcześniej uważałem to piwo za niedobre). Szliśmy tak aż dotarliśmy do sklepu, w którym dokonaliśmy mini zakupu 🙂

Po wyjściu z pięknego sklepu udaliśmy się w kierunku Alei Lipowej i dalej szlakiem do Trzech Dębów.

Leźliśmy tak patrząc na zmieniającą się pogodę, aż dotarliśmy do kopalni szarogłazu (kamieniołom) w Dębowcu – taka wielka dziura w ziemi.

Następnie szliśmy jakimiś błotami do jakiejś wioski 🙂 – to niby właśnie był Dębowiec 🙂 Oszczekały nas psy, tam chyba każdy ma kilka sztuk co by darły mordy na turystów 🙂

Potem znowu wleźliśmy do jakiego lasu. Kluczyliśmy aż zobaczyliśmy jakiś domek gdzie Stefan rzucił się na pozostawioną przez turystów kiełbasę w folii aluminiowej. Dagmara wyrwała mu ją z gardła (no przecież to my byliśmy głodni 🙂 ) Następnie obraliśmy kierunek wojenny – Czechy. Szliśmy tak i szliśmy i okazało się że nie idziemy szlakiem, ale jakąś ścieżką leśną która nas doprowadziła najpierw do miejsca wypadku jakiegoś samolotu (nawet taka tabliczka była), a następnie do granicy państwowej.

Dagmara jako traper narodowy weszła w głęboki las i krzyczy, Piooooootrek. No to ja za nią poszedłem przez te gęstwiny i widzę Czechy – jakieś puste one są bo tam była tylko łąka, a dopiero potem las i góry (zasłaniały cały widok). Dagmara znowu do mnie Piooootrek. Pacze na nią a ona znalazła nam dom i do tego pcha się do niego.

Nacieszyliśmy się naszym nowym lepszym M1 i udaliśmy się w dalszą drogę (dla odwiedzających ten domek – zostawcie tam czysto bo to nasz dom). Tu teraz zaczęły się moje niekończące się nurtujące mnie pytania „Daleko jeszcze?” No ale oczywiście Dagmara mi udzieliła bardzo skromnej odpowiedzi „nie”. Wiedząc że jeszcze przed nami około 8 km. Dobrze że mi nie powiedziała bo bym się tam położył i usnął.

Szliśmy tak tym lasem, sarny latały po bokach i nie wiem co chciały bo karmnik miały pusty. Biedny Stefan chciał się z nimi pobawić a one uciekały, złe te sarny. Ale wracając do naszej drogi to szliśmy sobie tak beztrosko, częstotliwość zadawania przez moją osobę pytań „Daleko jeszcze?” wzrastała wprost proporcjonalnie do przebytej drogi. Wyszliśmy sobie tak na błotną drogę, Dagmara tylko zapytała którędy idziemy, ja chciałem tą drogą bez błota, ale wiadomo którędy poszliśmy.

Po przebyciu wielkiego pola i butach cięższych o kilka kilogramów błota doszliśmy do stolika i ławki, udało mi się odpocząć ze 2 minuty i już szliśmy dalej przez rzeczkę gdzie napotkaliśmy „Most Krzysztofa” i wreeeeszcie dotarliśmy do szlaku różowej kropki, to nie żart, różowe kropki były na znakach 🙂 Leźliśmy tak tym szlakiem i błotami aż co okazało się cudem, dotarliśmy do … Koziej Góry (że ludzie mają takie pomysły na nazwy) może tam wypasali kozy, zanim zrobili z tych terenów poligon wojskowy, ale ja to myślę że nie mieli innego pomysłu i ktoś zażartował, a inni byli tak pijani że zaakceptowali nazwę.

Jako że wiedziałem już gdzie jestem i że ta Kozia góra jeszcze daleko do miejsca docelowego, myślałem ponownie że usnę gdzieś w ciepłym błocie 🙂 Szliśmy sobie tak już do Prudnika i szliśmy, normalnie sam nie wiem jakim cudem doleźliśmy, ale udało się.

W sumie całą wyprawę uważam za udaną mimo że planowaliśmy przejść tylko kilka km ze Stefanem, a przeszliśmy ponad 16 km.

Dochodząc do Prudnika śpiewałem Alleluja, ludzie się jakoś dziwnie patrzyli.

Poniżej mapka jak szliśmy.

E120

Panie i Panowie – jako, że ida święta – i gotować będziemy cuda wianki szklanki – pozwolę sobie wspomnieć o jednym z najpopularniejszych barwników spożywczych… E120 – koszenila – kwas karminowy – karmina
stosowany w galaretkach, kisielach, jogurtach, napojach, kosmetyce – szamponach, tuszach do rzęs (ale to wydaje się być mniej ważne przy okazji świąt)… polewach, wypiekach… a właściwie to w czym go nie ma?! Otóż w tym, w czym teoretycznie na nalepce ze składem nie znajdziecie: E120, koszenika, barwnik koszenilowy, karmina, kwas karminowy…
Może czasem jednak warto spojrzeć na etykietkę…
Smacznego mięsożercy…  hef fan!

kosztowne góry

przy sobocie człowiekowi strzelają do głowy różne pomysły, to lepsze – to gorsze… ten był świetny… wymodziłam, znalazłam – ot i góry na Mazowszu 🙂 ot i po raz kolejny chwil kilka od Mińska! nałubierali się, łaciatego zapakowali – furę odśnieżyli i pajechaliiiii…

ależ pięknie wygląda las skąpany w świeżym śniegu… trochę śladów zwierzyny, parzystokopytnej przede wszytskim, cudeńko! Góry Łancuchowe – podoba mi się, znalazłam kolejne miejsce tuż tuż pod nosem, do którego można się wybrać tak furą jak i rowerem – no i obowiązkowo z rozradowanym łaciatym 😀

a kosztowne, ano kosztowne – wyjazd kosztował dwa punkty karne i stówkę… taaaaa, nie pytajcie za co 😛

łot if…

to jakby ochrona, przed nieuniknionym, jakby niewidzialna ściana trzymająca w bezpiecznej odległości… pyta mnie czy tego chcę, zadaje setki retorycznych pytań… nie, nie chcę! nie, nie pozwolę! to oczywiste przecież, po co te pytania?! po co odpowiedzi? no jak to… wiadomo przecież… jak sobie człowiek usłyszy sam od siebie jak bardzo czegoś nie chce i jak bardzo się nie zgadza – rośnie w siłę, to NIE, ten sprzeciw… ten MUR…

a co jeśli nieuniknionym jest ……………………………………….. szczęście? a co jeśli mur nie stoi po mojej stronie? co jeśli stoi tam gdzie zawsze stał, dotychczas… nauczyłam się, już wiem… tylko chyba zapomniałam… natłok zdarzeń, sytuacji, miejsc, ludzi… odczuć… zapomniałam kto jest kim, kto stoi za kim, a komu jest wrogiem… bronię się, nie pozwalam, dystansuje…

prawie zrobileś mnie w balona gościu, prawie Ci sie udało…

łot if powiem Ci: ……………………………………………………………………………………………… SPADAJ !!!!!!!!!!!!!!!!

Bagno Pogorzel

mieli jechać, nie pojechali… chcieli, nie chciano… cóż… jako, że okoliczne tereny są mi ciągle obce – szukam, szukam i znajduję… szukam szukam i zachęcam – piękne i wcale nie małe torfowisko wysokie ledwie 6 km od Mińska… BAGNO POGORZEL…
niedziela, zimno, drugi grudnia… poranek błekitny, popołudnie szare, aura zniechęca do ruszenia się z domu… a jednak ruszyliśmy się…

… i co zastaliśmy na miejscu? hmm… ślady łosi, saren, dzików i ………………….. bobrów – całkiem świeże, tak kopytnych jak i gryzoni 🙂 niesamowite, człowiek jeździ i szuka bagien, a tu tuż pod nosem takie piękno! ależ to musi niesamowicie wyglądać wiosną… a letnie i jesienne barwy bagna zwyczajnego, turzyc, traw… marzenie… a co najlepsze – w zasięgu ręki 🙂

Bagno Pogorzel – zdecydowanie polecam !!!!!!!!!!!!