Idę pobiegać!

Całkiem niedawno ktoś zadał mi pytanie… „a co robisz dla adrenaliny?” … yyy nic! Wtedy mnie olśniło! Zasiedziałam się totalnie. Spacery z cyklu leśnego mi nie wystarczają, zawsze byłam osobnikiem aktywnym, rowery, Kampinosy przejechane wzdłuż i wszerz… zdobyte Rysy… a tu nagle zaciążyła i zwolniła. Nie żeby całkowicie się zatrzymała, ale zwolniła zdecydowanie. Spacery leśne a i owszem, ale to już nie ten wysiłek i radocha co 148,08 km na rowerze jednego dnia, albo nie to co wspomniane Rysy w piękny lipcowy poranek. Za bardzo zwolniłam, na tyle żeby stracić poczucie mocy, siły i radości jaką dawała mi aktywność fizyczna. Chłopa upolowałam totalnie zasiedziałego i mimo, że podczas „randek” zasuwał ze mną na równi, tak długo nie trzeba było czekać żeby się przekonać, że to osobnik kanapowy, dla którego złożenie łóżka to już duży wysiłek. No cóż, może nie porzucę go za tę inność 😉 Czas ruszyć cztery litery!

Postanowienie pewnego sierpniowego wieczora brzmiało: będę biegać! Jako, że wkrótce po tym sierpniowym wieczorze miałam w planie wyjazd z dzieciakami, tak postanowiłam zacząć od 1 września. Jak postanowiłam tak zrobiłam 🙂 1 września wyciągnęłam drużynę do lasu, chłop niech ogarnie wózek i młodą, a ja sobie pobiegam… WOW! To było coś! To było TO! To czego mi brakowało, to czego potrzebowałam od bardzo bardzo dawna. Nie znam się na bieganiu, nie wiem jak to jest z bieganiem w ciąży, ja raczej bym nie mogła przez wzgląd na to i owo… ale teraz już w ciąży nie jestem, minęło bite 10 miesięcy od porodu i biegowej przygodzie mówię tak! Bynajmniej dokąd nie zajdę w kolejną ciążę 😉

Do mojego biegania przygotowałam się dość skromnie, zanabyłam różowe buty z decathlonu – RUN CUSHION KALENJI, nie stać mnie na wypasione obuwie dla biegacza, zresztą jaki ze mnie biegacz?! Testuję endomondo w wersji premium… po co? Po to, że tam cyka mi i brzęczy plan treningowy. Nie rzucam się z motyką na słońce, chcę zacząć na spokojnie. Kiedyś moja przygoda z bieganiem zakończyła się po 5 minutach pierwszego treningu, kiedy to nadwyrężyłam kontuzjowane wcześniej kolano. Nie chciałam popełnić znowu tego samego błędu. Próbuję zatem z planem, marsz/bieg/marsz/bieg i tak dalej… mój cel to 5km 🙂 Od czegoś trzeba zacząć 🙂

Wczoraj odbyłam mój trzeci trening, pierwszy leśny w dzień – wymarzona jakość… a dwa pozostałe wieczorne, po uśpieniu dzieciaków. Biegam co drugi dzień. Sporo w tym jeszcze zerkania na endomondo, czekania na kolejną zmianę tempa… ale to początek, jestem cierpliwa, bynajmniej na ten moment. Nie zamierzam się forsować. Biegam jak przykazują lekcje, po około 30 minut tempem nieco szybszym niż gada do mnie pani w słuchawce, no ale ja po prostu wolniej nie potrafię 🙂 Powiem tak: to jest TO! Nie oddam. Czuję moc, czuję gigantyczną satysfakcję i ten łomot w klacie… uwielbiam się zmęczyć, choć nie powiem, żeby te treningi były dla mnie szczególnie trudne. Są, na spokojnie są i chyba o to chodzi. Zmasakruję się zapewne później, jak już osiągnę jako taką kondycję i poziom.

Czy mogę powiedzieć, że biegam? Tak – z czystym sumieniem mówię: biegam, dla siebie 🙂 i dobrze mi z tym i chcę więcej. I tak, to prawda, aby biegać wystarczą buty… chociaż Forrest Gump pewnie by się ze mną nie zgodził 🙂

Dodaj komentarz