Kobiety to służące

kobiety to służące

W marcu Ania zaproponowała ćwiczenie dotyczące przekonań. Nie będę się rozpisywała czym przekonania są, czym nie są, skąd się biorą i co nam robią, nie czuję potrzeby. Ćwiczenie mnie powaliło, odkryłam coś bardzo mocnego. Jako osoba, która doświadczyła w dzieciństwie przemocy seksualnej wszelkie trudności z kobiecością, seksualnością itp zwalałam na tę właśnie traumę.  Mimo, iż byłam w terapii ładnych parę lat kobiecość nadal jest dla mnie nie lada wyzwaniem. Miałam wrażenie, że trauma przepracowana nie powinna już dawać takich trudności w codziennym życiu, no ale… zły dotyk boli całe życie. Więc ok, TO pewnie z TEGO. Wczoraj odkryłam, że wcale nie musi to mieć związku. Wczoraj odkryłam, że „kobiety to służące„!

Ćwiczenie zakładało dokańczanie zdań czytanych przez Anię. Wpisywanie pierwszej rzeczy jaka przyjdzie mi do głowy. Tak też zrobiłam. Trzy spośród dziesięciu zdań dotyczyły stricte kobiecości. Były to: bycie kobietą jestkobiety to… oraz rolą kobiety jest… Zdania nie następowały po sobie, były przemieszane z takimi o byciu mamą, dbaniu o siebie czy innych. Mnie jednak najbardziej powaliło to co usłyszałam w głowie w kwestii kobiecości. Otóż mam w głowie przekonanie, iż „kobiety to służące” oraz, że „rolą kobiety jest przytakiwać” … a „bycie kobietą jest niemożliwe„. Masakra!

Poczułam smutek. Jak to służącą? Jak to przytakiwać…? Bo, że jest niemożliwe to ja gdzieś tam czułam, nie rozumiałam tylko dlaczego. Dlaczego nie czuję się kobietą? Dlaczego z takim trudem przychodzi mi określenie siebie tym słowem – kobieta? Dlaczego? Przecież urodziłam dwójkę dzieci. Trauma? No ale nadal…? Dziwne. Otóż nie panie i panowie. Jestem typem buntownika, stawiam się, idę w zaparte, nie poddaję się bez walki. Zobaczyłam wczoraj, że moje życie to jedna wielka walka o nie bycie tą przytakującą służącą. To przekonanie na temat kobiet jest tak silne, tak bazowe że życie poświęcam na walkę by nie stać się tą służącą. Całe dzieciństwo i młodość, cały czas kiedy mieszkałam z rodzicami widziałam mamę, która robiła wszystko aby udobruchać awanturującego się pijanego ojca. Tak to pamiętam. Taką wizję kobiety mam zapisaną w głowie. Pamiętam, że mama się czasem stawiała, ale i tak zawsze musiała odpuścić, żeby ojciec domu nie rozwalił. To już zamierzchła przeszłość, ale przekonanie jest i hula na całego. Teraz już rozumiem dlaczego nie znoszę podawać ślubnemu obiadu, nie lubię i bronię się rękami i nogami przed robieniem rzeczy dla niego. Nie chcę być służącą, nie jestem nią i nigdy nie będę. Cały czas walczę o wolność, którą odbiera mi nie moje i zupełnie niezgodne z moim ja przekonanie dotyczące kobiety i jej roli.

Bycie kobietą jest zatem dla mnie realnie niemożliwe. Nie chcę nią być, nie chcę być służącą. Masakra! Ileż to mi odbiera…

Przekonanie można przekształcić, na takie bardziej wspierające… ja spróbowałam metody dziesięciu kroków. Stąd wiem skąd ów przekonanie się wzięło. Gdybym nie miała tego przekonania nie walczyłabym codziennie o wolność, o to żeby tą służącą nie być, nie musiałabym zmuszać się do rzeczy, które są ok, są zwyczajne a nawet mogą być przyjemne kiedy robione są z chęcią. To przekonanie, a dokładnie moja walka z tym aby się nie zrealizowało w moim przypadku zaspokaja kilka potrzeb, moich potrzeb. Dogrzebałam się do poczucia niezależności, wolności, szacunku, poczucia własnej wartości. Walczę więc jestem wartościowa, niezależna i mam do siebie szacunek, bo nie daję się tak jak dawała się moja mama… Auć. Sporo prawda? Jest jednak jedna potrzeba, której ów przekonanie mi nie pozwala zaspokoić – potrzeba bliskości. Zdecydowane wybieram tę jedną, najważniejszą dla mnie, potrzebę bliskości, za tym pójdę.

… „kobiety to służące” … nie! Moja pierwsza nowa wersja tego przekonania brzmi „kobiety są wolne, mogą decydować o sobie. mogą ale nie muszą robić rzeczy dla innych„.

Kiedy słyszę, że coś muszę idę w kontrę. Kiedy słyszę, że mogę – mam wybór, zrobię to albo nie. Mogę zdecydować. Jakie potrzeby zaspokaja takie nowe przekonanie… gdy przestanę się stawiać, bo nie będę musiała, otworzę się na bliskość, dla której nie ma miejsca jeśli cały czas muszę walczyć o wolność. Kiedy uznam, że ta wolność po prostu jest zyskam energię, którą tracę na udowadnianiu sobie i światu, że jestem wolna. Jeśli nowe przekonanie będzie obiektywną prawdą, nie będę musiała walczyć. Co zyskuję… zyskuję energię, szansę na bliskość, czas, przyjemność z codziennych czynności, poczucie sprawczości, decydowania i poczucie własnej wartości. Idąc dalej – otrzymuję chęć bycia kobietą 🙂

Kiedy pomyślę, że bycie kobietą nie oznacza bycia służącą – perspektywa bycia kobietą mnie ciekawi, kusi 😉

Nie chcę sprzedać córce tego przekonania, przede wszystkim córce. Mam nadzieję, że nie jest za późno. Teraz czas pilnować nowej wersji…

Dzisiejszy dzień był inny. Zatrzymałam się. Świadomość moich przekonań mnie zatrzymała. Stoję i się przyglądam, wącham… dotykam, słucham… Czyżby to było to coś, co przygniotło mnie tak bardzo, że się obudzę? Tak trzymaj, jesteś wielka!

cdn.

Dodaj komentarz