beagle

19 postów

Strategicznie gotowa!

Uwielbiam las, bez względu na pogodę, bez względu na odwilż. Zawsze dawał mi wytchnienie, zawsze pomagał zatrzymać się w biegu. Aura może średnio sprzyja spacerom, ale jak nie wykorzystać tak długiego dnia… Człowiek wydobywa się spomiędzy drzew o 17 i nie dostaje zawału idąc po omacku! Idzie wiosna, czuć jak stąd do Białowieży, idzie jak nic! Już się nie mogę doczekać – niech no tylko tu dotrze – niech no ja dorwę moje lusterko, ajajajajajajjj!!!

Dobry i mądry las, dał czas i ciszę na myśli, pomógł zbudować strategię, a przy okazji wybiegał i wyżywił Stefana! Dobry i mądry las… cuuudnie pachnący Stefan!

Mińskie lasy po raz pierwszy na tapecie…

Czas nadrobić zaległości i pokazać światu szalonego Stefana na swoim [niemal] codziennym spacerze. Niby bardziej dla psa ten las, szczególnie teraz, kiedy człowiek niby dla „przyjemności” przedziera się przez zaspy… ale jednak lubię to, uwielbiam. Bez względu na porę roku i pogodę las zawsze będzie dla mnie przyjazny i zawsze będę szukała tam ukojenia.

A jak wyglądało przedzieranie się przez zaspy podczas odwilży…

Szlakiem róŻOwEJ kROPkI ;)

Będąc tak blisko Czech jak byliśmy w okresie między świętami a nowym rokiem, aż wstyd było nie wybrać się na mini wyprawę. W sumie mieliśmy się po prostu przejść ze Stefanem, aby się wybiegał, jednak wycieczka nam się nieco przeciągnęła. Ale od początku.

Wyruszyliśmy sobie beztrosko z Prudnika 🙂 a w sumie to z jego środka 🙂

Szliśmy sobie spokojnie szarpani przez Stefana, wolnym krokiem wzdłuż parku miejskiego ukierunkowani na Pilsner Urquel, bo przecież blisko Czech byliśmy i trzeba było to wypić (nawet mi zasmakowało mimo że wcześniej uważałem to piwo za niedobre). Szliśmy tak aż dotarliśmy do sklepu, w którym dokonaliśmy mini zakupu 🙂

Po wyjściu z pięknego sklepu udaliśmy się w kierunku Alei Lipowej i dalej szlakiem do Trzech Dębów.

Leźliśmy tak patrząc na zmieniającą się pogodę, aż dotarliśmy do kopalni szarogłazu (kamieniołom) w Dębowcu – taka wielka dziura w ziemi.

Następnie szliśmy jakimiś błotami do jakiejś wioski 🙂 – to niby właśnie był Dębowiec 🙂 Oszczekały nas psy, tam chyba każdy ma kilka sztuk co by darły mordy na turystów 🙂

Potem znowu wleźliśmy do jakiego lasu. Kluczyliśmy aż zobaczyliśmy jakiś domek gdzie Stefan rzucił się na pozostawioną przez turystów kiełbasę w folii aluminiowej. Dagmara wyrwała mu ją z gardła (no przecież to my byliśmy głodni 🙂 ) Następnie obraliśmy kierunek wojenny – Czechy. Szliśmy tak i szliśmy i okazało się że nie idziemy szlakiem, ale jakąś ścieżką leśną która nas doprowadziła najpierw do miejsca wypadku jakiegoś samolotu (nawet taka tabliczka była), a następnie do granicy państwowej.

Dagmara jako traper narodowy weszła w głęboki las i krzyczy, Piooooootrek. No to ja za nią poszedłem przez te gęstwiny i widzę Czechy – jakieś puste one są bo tam była tylko łąka, a dopiero potem las i góry (zasłaniały cały widok). Dagmara znowu do mnie Piooootrek. Pacze na nią a ona znalazła nam dom i do tego pcha się do niego.

Nacieszyliśmy się naszym nowym lepszym M1 i udaliśmy się w dalszą drogę (dla odwiedzających ten domek – zostawcie tam czysto bo to nasz dom). Tu teraz zaczęły się moje niekończące się nurtujące mnie pytania „Daleko jeszcze?” No ale oczywiście Dagmara mi udzieliła bardzo skromnej odpowiedzi „nie”. Wiedząc że jeszcze przed nami około 8 km. Dobrze że mi nie powiedziała bo bym się tam położył i usnął.

Szliśmy tak tym lasem, sarny latały po bokach i nie wiem co chciały bo karmnik miały pusty. Biedny Stefan chciał się z nimi pobawić a one uciekały, złe te sarny. Ale wracając do naszej drogi to szliśmy sobie tak beztrosko, częstotliwość zadawania przez moją osobę pytań „Daleko jeszcze?” wzrastała wprost proporcjonalnie do przebytej drogi. Wyszliśmy sobie tak na błotną drogę, Dagmara tylko zapytała którędy idziemy, ja chciałem tą drogą bez błota, ale wiadomo którędy poszliśmy.

Po przebyciu wielkiego pola i butach cięższych o kilka kilogramów błota doszliśmy do stolika i ławki, udało mi się odpocząć ze 2 minuty i już szliśmy dalej przez rzeczkę gdzie napotkaliśmy „Most Krzysztofa” i wreeeeszcie dotarliśmy do szlaku różowej kropki, to nie żart, różowe kropki były na znakach 🙂 Leźliśmy tak tym szlakiem i błotami aż co okazało się cudem, dotarliśmy do … Koziej Góry (że ludzie mają takie pomysły na nazwy) może tam wypasali kozy, zanim zrobili z tych terenów poligon wojskowy, ale ja to myślę że nie mieli innego pomysłu i ktoś zażartował, a inni byli tak pijani że zaakceptowali nazwę.

Jako że wiedziałem już gdzie jestem i że ta Kozia góra jeszcze daleko do miejsca docelowego, myślałem ponownie że usnę gdzieś w ciepłym błocie 🙂 Szliśmy sobie tak już do Prudnika i szliśmy, normalnie sam nie wiem jakim cudem doleźliśmy, ale udało się.

W sumie całą wyprawę uważam za udaną mimo że planowaliśmy przejść tylko kilka km ze Stefanem, a przeszliśmy ponad 16 km.

Dochodząc do Prudnika śpiewałem Alleluja, ludzie się jakoś dziwnie patrzyli.

Poniżej mapka jak szliśmy.

kosztowne góry

przy sobocie człowiekowi strzelają do głowy różne pomysły, to lepsze – to gorsze… ten był świetny… wymodziłam, znalazłam – ot i góry na Mazowszu 🙂 ot i po raz kolejny chwil kilka od Mińska! nałubierali się, łaciatego zapakowali – furę odśnieżyli i pajechaliiiii…

ależ pięknie wygląda las skąpany w świeżym śniegu… trochę śladów zwierzyny, parzystokopytnej przede wszytskim, cudeńko! Góry Łancuchowe – podoba mi się, znalazłam kolejne miejsce tuż tuż pod nosem, do którego można się wybrać tak furą jak i rowerem – no i obowiązkowo z rozradowanym łaciatym 😀

a kosztowne, ano kosztowne – wyjazd kosztował dwa punkty karne i stówkę… taaaaa, nie pytajcie za co 😛

Bagno Pogorzel

mieli jechać, nie pojechali… chcieli, nie chciano… cóż… jako, że okoliczne tereny są mi ciągle obce – szukam, szukam i znajduję… szukam szukam i zachęcam – piękne i wcale nie małe torfowisko wysokie ledwie 6 km od Mińska… BAGNO POGORZEL…
niedziela, zimno, drugi grudnia… poranek błekitny, popołudnie szare, aura zniechęca do ruszenia się z domu… a jednak ruszyliśmy się…

… i co zastaliśmy na miejscu? hmm… ślady łosi, saren, dzików i ………………….. bobrów – całkiem świeże, tak kopytnych jak i gryzoni 🙂 niesamowite, człowiek jeździ i szuka bagien, a tu tuż pod nosem takie piękno! ależ to musi niesamowicie wyglądać wiosną… a letnie i jesienne barwy bagna zwyczajnego, turzyc, traw… marzenie… a co najlepsze – w zasięgu ręki 🙂

Bagno Pogorzel – zdecydowanie polecam !!!!!!!!!!!!

show must go UBUNTU…

jestem, jestem w najdrobniejszym szczególe… jestem przez każdy ułamek sekundy, każdego dnia.. o każdej porze… jestem i [wcześniej powiedzialabym inaczej…ale] … dzieje się to pierwszy raz w moim życiu! jest dokładnie tak jak chciałam, jest jak w marzeniach, pragnieniach… jest idealnie! jest ciepło, jest puchato… jest dobrze, cudnie, wspaniale… niepowtarzalnie, nienagannie… idealnie! tak, zawsze można coś poprawić, polepszyć, upiększyć… pomału, pomału! chwilo TRWAJ!

… zapomniałabym, jak mogłam! … jest linux, jest UBUNTU i jest to coś co sprawia, że zgasł windows, że są nowe php-y, cms-y, css-y i html-e… jest coś co trzyma na nogach do drugiej w nocy, trzeciej albo i dłużej… jest coś do czego [na swój niepowatrzalny sposób] uśmiecha się Stefan! … jest coś dzięki czemu można pogadać przez kilka/kilkanaście godzin… jest show must go on zagrane własnoręcznie na popsutych klawiszach – pierwszy raz w życiu.. jest i brzmi nieźle… jest i niech tak zostanie. amen, rzekła ateistka, amen koniec i kropka. si ju za trochę, teraz idę się cieszyć, a co…

nadburzańska moc

niesieni chłodem poranka dotarli, tam… wtedy, dwudziestego siódmego maja… ludzie, psy… my. wizyta nad Bugiem numer dwa, był Drohiczyn – jest Gnojno – jest pięknie, jeszcze piękniej, za każdym razem inaczej 🙂 uwielbiam spontany, lubię ten dreszczyk emocji – co zastaniemy u celu… jakie piękno kryje przed nami Polska… aaaaaaaaaaaale fajnie!

prawdziwi ludzie, prawdziwe szaleństwo… starorzecze Bugu pokonane – tymi ręcami ;))) pojedli, poszaleli.. pognali do Janowa – do stadniny… TAM :)) nie wiedzieć czemu nawet remiza się zmieniła, niektórzy byli bardzo zawiedzeni… a dlaczego? ciiiii ;)))

Kocham Polskę Wschodnią !!!!!!! 

Pride of Poland..

dwudziestego siódmego maja.. tuż przy granicy białoruskiej… zapragnęłam zobaczyć, dotknąć… odetchnąć… poczuć… piękno niezaprzeczalne, dla takich chwil warto żyć… choć.. i tu podpadnę janowskiej stadninie… znam piękniejsze miejsca, z takim urokiem, że …. mówię Wam, znam  ;)) a do Janowa wrócę… może na Dni Konia Arabskiego

a tak było ……………………