endomondo

24 postów

Mińskie lasy po raz pierwszy na tapecie…

Czas nadrobić zaległości i pokazać światu szalonego Stefana na swoim [niemal] codziennym spacerze. Niby bardziej dla psa ten las, szczególnie teraz, kiedy człowiek niby dla „przyjemności” przedziera się przez zaspy… ale jednak lubię to, uwielbiam. Bez względu na porę roku i pogodę las zawsze będzie dla mnie przyjazny i zawsze będę szukała tam ukojenia.

A jak wyglądało przedzieranie się przez zaspy podczas odwilży…

Rezerwat JEDLINA w Mieni

Dziś wyprawa z cyklu niedzielnych – odkrywczych. Uparłam się wczoraj, że znajdę coś nowego, jakieś miejsce idealne na niedzielny spacer z piesem – no i znalazłam! Co prawda nie wiedzieliśmy na co się szykować – rezerwat, ścieżka rowerowa… wersja skrócona… Oczywiście nie udało nam się trafić na tą skróconą – poleźliśmy szlakiem rowerowym… grzecznie za znakami… tyle, że gdybyśmy chcieli przejść całą obawiam się, że nie zdążylibyśmy przed zmrokiem!

Przedzierając się przez śnieżne zaspy, udając, że wcale nie jest nam zimno kierowaliśmy się jak strzałki kazały. Na dzień dobry przywitał nas widok ludzi biwakujących przy ognisku – świetna sprawa takie grzane winko w klimacie śniegu i mrozu – człowiek dopiero w takich okolicznościach docenia co to ciepło ognia, nie wspominając już o rozgrzewającej mocy grzańca (jak sama nazwa zresztą mówi!)… Nie, nie przysiedliśmy się… a trzech podstawowych powodów, pomijając oczywiście fakt, iż była to jakaś zorganizowana impreza 🙂 Po pierwsze – przyjechaliśmy połazić, a nie siedzieć przy ognisku, po drugie – ludziki te zajadały się bigosem i kiełbaskami – a ani jedno ani drugie wegetarianom nie przystoi (bleeee) i w końcu po trzecie – jakże miałabym się napić grzańca – toż trzeba było wrócić autkiem do Mińska!

Dobrze zatem – z uśmiechem na ustach ruszyliśmy w drogę…

Nie mamy za wiele fotek z wyprawy… zamarzały nam ręce – udało się za to nagrać kilka filmików – efekt poniżej! Co by nie mówić, nie spodziewaliśmy się takkiej grupy osób przemierzającej las… co prawda tylko my robiliśmy za piechurów, ale reszta też dała radę! Spotkaliśmy kilku narciarzy biegowych i kuligi konne…

za którymi z tęsknotą patrzył Stefan …

A ja, ja szukałam schronienia przed mrozem…

Jakby kuligów i następców Justyny Kowalczyk było nam mało… No nic… wzdłuż szlaku, grzecznie jak przystało na piechurów w rezerwacie idziemy… idziemy… idziemy… Końca nie widać, zakrętu, który jak byk widniał na mapie – też nie… Decyzją komitetu centralnego zeszliśmy ze szlaku na wysokości drogi publicznej – jakiejś 🙂 Tabliczki pokazywały: w prawo – Siennica, w lewo – Cegłów… wybraliśmy PRAWO, my w koncu tacy prawi ludzie jesteśmy! Stefan przytaknął więc już w ogóle nie było co kombinować… Kilkaset (chyba) metrów asfaltem, którego najstarsi górale nie widzieli… jako, że zaginął pod kilkoma tonami śniegu… i decyzją komitetu skręciliśmy w las – również w prawo! Wymyśliliśmy sobie, że może tutaj będzie prowadził szlak, który przecież wg mapy powinien skręcać… Nie znaleźliśmy naszego szlaku… znaleźliśmy za to… stado dzików! Kilkanaście osobników, to duże to mniejsze… WOW to było niezłe! Coś moje łoczy wypatrzyły wśród drzew, no i gotowe, przebiegły nam drogę – zdecydowanie bliżej niż to widac na filmie!!!

Resztę zobaczcie już sami…

Powiem jedno: PIĘKNE MIEJSCE!!! Zdecydowanie tu wrócimy – jeśli nie tej zimy, to na pewno wiosną, latem i jesienią! No i oczywiście przejdziemy cały szlak, nie zbaczając z niego w poszukiwaniu czegoś co nie istnieje… Hehe istnieją za to dziki i milion saren – patrząc na ślady na śniegu!

Dodać musze koniecznie, że Piotruś ani razu nie spytał: DALEKO JESZCZE? Taki był dzielny!

Test najnowszej nawigacji…

Pojechali my do lasa w okolice naszego wspaniałego Mińska Białoruskiego, oj Mazowieckiego, ale w sumie czy to ważne, Mińsk to Mińsk. Chcieli my przetestować naszą najnowszą nawigację Made In Rumunia.
Pojechali my tam niebieską strzałą, czyli naszym wspaniałym automobilem. Nawigacja sprawdziła się wyśmienicie, co zresztą można ocenić oglądając film.


Jak widać, a raczej słychać, głos lektora jest dźwięczny, donośny, a zarazem bardzo dokładny i miły.

W międzyczasie nagrali my prognozę pogody dla Mińska i okolic, tak aby nasi cudowni czytelnicy mogli bez oglądania TVNu 24 zorientować się w otaczającej rzeczywistości.

Zaznaczam iż wszystkie osoby biorące udział w przedsięwzięciu były całkowicie trzeźwe i pełne władz umysłowych, czy jakoś tak.

Tut tup tupaj, tym odrażającym akcentem chciałbym polecić nawigację. Można ją kupić na każdym rynku u „Ruskich”.

Jechali my tak:

Fajnie, co?

Szlakiem róŻOwEJ kROPkI ;)

Będąc tak blisko Czech jak byliśmy w okresie między świętami a nowym rokiem, aż wstyd było nie wybrać się na mini wyprawę. W sumie mieliśmy się po prostu przejść ze Stefanem, aby się wybiegał, jednak wycieczka nam się nieco przeciągnęła. Ale od początku.

Wyruszyliśmy sobie beztrosko z Prudnika 🙂 a w sumie to z jego środka 🙂

Szliśmy sobie spokojnie szarpani przez Stefana, wolnym krokiem wzdłuż parku miejskiego ukierunkowani na Pilsner Urquel, bo przecież blisko Czech byliśmy i trzeba było to wypić (nawet mi zasmakowało mimo że wcześniej uważałem to piwo za niedobre). Szliśmy tak aż dotarliśmy do sklepu, w którym dokonaliśmy mini zakupu 🙂

Po wyjściu z pięknego sklepu udaliśmy się w kierunku Alei Lipowej i dalej szlakiem do Trzech Dębów.

Leźliśmy tak patrząc na zmieniającą się pogodę, aż dotarliśmy do kopalni szarogłazu (kamieniołom) w Dębowcu – taka wielka dziura w ziemi.

Następnie szliśmy jakimiś błotami do jakiejś wioski 🙂 – to niby właśnie był Dębowiec 🙂 Oszczekały nas psy, tam chyba każdy ma kilka sztuk co by darły mordy na turystów 🙂

Potem znowu wleźliśmy do jakiego lasu. Kluczyliśmy aż zobaczyliśmy jakiś domek gdzie Stefan rzucił się na pozostawioną przez turystów kiełbasę w folii aluminiowej. Dagmara wyrwała mu ją z gardła (no przecież to my byliśmy głodni 🙂 ) Następnie obraliśmy kierunek wojenny – Czechy. Szliśmy tak i szliśmy i okazało się że nie idziemy szlakiem, ale jakąś ścieżką leśną która nas doprowadziła najpierw do miejsca wypadku jakiegoś samolotu (nawet taka tabliczka była), a następnie do granicy państwowej.

Dagmara jako traper narodowy weszła w głęboki las i krzyczy, Piooooootrek. No to ja za nią poszedłem przez te gęstwiny i widzę Czechy – jakieś puste one są bo tam była tylko łąka, a dopiero potem las i góry (zasłaniały cały widok). Dagmara znowu do mnie Piooootrek. Pacze na nią a ona znalazła nam dom i do tego pcha się do niego.

Nacieszyliśmy się naszym nowym lepszym M1 i udaliśmy się w dalszą drogę (dla odwiedzających ten domek – zostawcie tam czysto bo to nasz dom). Tu teraz zaczęły się moje niekończące się nurtujące mnie pytania „Daleko jeszcze?” No ale oczywiście Dagmara mi udzieliła bardzo skromnej odpowiedzi „nie”. Wiedząc że jeszcze przed nami około 8 km. Dobrze że mi nie powiedziała bo bym się tam położył i usnął.

Szliśmy tak tym lasem, sarny latały po bokach i nie wiem co chciały bo karmnik miały pusty. Biedny Stefan chciał się z nimi pobawić a one uciekały, złe te sarny. Ale wracając do naszej drogi to szliśmy sobie tak beztrosko, częstotliwość zadawania przez moją osobę pytań „Daleko jeszcze?” wzrastała wprost proporcjonalnie do przebytej drogi. Wyszliśmy sobie tak na błotną drogę, Dagmara tylko zapytała którędy idziemy, ja chciałem tą drogą bez błota, ale wiadomo którędy poszliśmy.

Po przebyciu wielkiego pola i butach cięższych o kilka kilogramów błota doszliśmy do stolika i ławki, udało mi się odpocząć ze 2 minuty i już szliśmy dalej przez rzeczkę gdzie napotkaliśmy „Most Krzysztofa” i wreeeeszcie dotarliśmy do szlaku różowej kropki, to nie żart, różowe kropki były na znakach 🙂 Leźliśmy tak tym szlakiem i błotami aż co okazało się cudem, dotarliśmy do … Koziej Góry (że ludzie mają takie pomysły na nazwy) może tam wypasali kozy, zanim zrobili z tych terenów poligon wojskowy, ale ja to myślę że nie mieli innego pomysłu i ktoś zażartował, a inni byli tak pijani że zaakceptowali nazwę.

Jako że wiedziałem już gdzie jestem i że ta Kozia góra jeszcze daleko do miejsca docelowego, myślałem ponownie że usnę gdzieś w ciepłym błocie 🙂 Szliśmy sobie tak już do Prudnika i szliśmy, normalnie sam nie wiem jakim cudem doleźliśmy, ale udało się.

W sumie całą wyprawę uważam za udaną mimo że planowaliśmy przejść tylko kilka km ze Stefanem, a przeszliśmy ponad 16 km.

Dochodząc do Prudnika śpiewałem Alleluja, ludzie się jakoś dziwnie patrzyli.

Poniżej mapka jak szliśmy.