góry opawskie

3 postów

mAłA zGodA rUleZZ :)

Jestem, żywa… cała i zdrowa – mimo, że nie było mnie na świecie przez 18 dni 🙂 miałam nieważne dokumenty, nieważną tożsamość – system PESEL wołał: weryfikacja negatywna! Te dokumenty to ważne ponoć, ale nic z nimi zrobić nie mogę… a akt ślubu nie wystarczy każdej pani z okienka, kwit meldunkowy też niewiele wart w ówczesnym świecie 🙂 No nic, wróciłam, ja i moje ja, moja firma i wszystko wokół! Co prawda na nowy dowód przyjdzie mi jeszcze poczekać, prawo jazdy też się produkuje, ale powstałam z popiołów po tożsamościowym zgonie, który nastąpił dnia 20 kwietnia 🙂
Jestem sobie cała i zdrowa i całkiem nowa, tak samo uparta, tak samo szczęśliwa i tak samo dążąca na szczyt, a jednak nowa! 🙂 A szczyt… byliśmy, byliśmy – z Piotrusiem mężusiem, co to mi nazwisko swe ofiarował 🙂

Naszą majówkową wyprawę na Kopę Biskupią zdominował widok i aromat czosnku niedźwiedziego
Oj warto było… WARTO! Następnym razem, będzie inaczej, aktywniej 😛

Ludzie: KWIECIEŃ!

Dzień dobry pierwszego kwietnia!

Nic tak nie nakręca człowieka do działania jak zamieć śnieżna trzydziestego pierwszego marca! Przybyliśmy na południe trzydziestego, zastała nas wiosna… piękne słońce, +8C, błotko i totalne zero śniegu… Człowiekowi od razu chce się żyć – po tych cudach wprost z Mińskiej Syberii…

Niestety wygląda na to, że Henry spakował do bagażnika nie tylko Stefana, ale i zalążki zamieci śnieżnej… no i pozamiatane!

Nasza dzielność nie zna granic! Ponad 11km spacerkiem przez zaspy – no i ten bałwanek – MEGA! Piotrkowi odpadły ręce, ale dzielnie to zniósł i nawet bez szczególnego „daleko jeszcze?” dotarliśmy do domu 🙂

Lubię to miejsce, takie moje jest 🙂 Szkoda tylko, że zima wiosną pokrzyżowała nam górskie plany 🙂

Ihaaaaaaaaa niech żyją Góry Opawskie! … i KWIECIEŃ!!! 🙂

tresc

galeria

Szlakiem róŻOwEJ kROPkI ;)

Będąc tak blisko Czech jak byliśmy w okresie między świętami a nowym rokiem, aż wstyd było nie wybrać się na mini wyprawę. W sumie mieliśmy się po prostu przejść ze Stefanem, aby się wybiegał, jednak wycieczka nam się nieco przeciągnęła. Ale od początku.

Wyruszyliśmy sobie beztrosko z Prudnika 🙂 a w sumie to z jego środka 🙂

Szliśmy sobie spokojnie szarpani przez Stefana, wolnym krokiem wzdłuż parku miejskiego ukierunkowani na Pilsner Urquel, bo przecież blisko Czech byliśmy i trzeba było to wypić (nawet mi zasmakowało mimo że wcześniej uważałem to piwo za niedobre). Szliśmy tak aż dotarliśmy do sklepu, w którym dokonaliśmy mini zakupu 🙂

Po wyjściu z pięknego sklepu udaliśmy się w kierunku Alei Lipowej i dalej szlakiem do Trzech Dębów.

Leźliśmy tak patrząc na zmieniającą się pogodę, aż dotarliśmy do kopalni szarogłazu (kamieniołom) w Dębowcu – taka wielka dziura w ziemi.

Następnie szliśmy jakimiś błotami do jakiejś wioski 🙂 – to niby właśnie był Dębowiec 🙂 Oszczekały nas psy, tam chyba każdy ma kilka sztuk co by darły mordy na turystów 🙂

Potem znowu wleźliśmy do jakiego lasu. Kluczyliśmy aż zobaczyliśmy jakiś domek gdzie Stefan rzucił się na pozostawioną przez turystów kiełbasę w folii aluminiowej. Dagmara wyrwała mu ją z gardła (no przecież to my byliśmy głodni 🙂 ) Następnie obraliśmy kierunek wojenny – Czechy. Szliśmy tak i szliśmy i okazało się że nie idziemy szlakiem, ale jakąś ścieżką leśną która nas doprowadziła najpierw do miejsca wypadku jakiegoś samolotu (nawet taka tabliczka była), a następnie do granicy państwowej.

Dagmara jako traper narodowy weszła w głęboki las i krzyczy, Piooooootrek. No to ja za nią poszedłem przez te gęstwiny i widzę Czechy – jakieś puste one są bo tam była tylko łąka, a dopiero potem las i góry (zasłaniały cały widok). Dagmara znowu do mnie Piooootrek. Pacze na nią a ona znalazła nam dom i do tego pcha się do niego.

Nacieszyliśmy się naszym nowym lepszym M1 i udaliśmy się w dalszą drogę (dla odwiedzających ten domek – zostawcie tam czysto bo to nasz dom). Tu teraz zaczęły się moje niekończące się nurtujące mnie pytania „Daleko jeszcze?” No ale oczywiście Dagmara mi udzieliła bardzo skromnej odpowiedzi „nie”. Wiedząc że jeszcze przed nami około 8 km. Dobrze że mi nie powiedziała bo bym się tam położył i usnął.

Szliśmy tak tym lasem, sarny latały po bokach i nie wiem co chciały bo karmnik miały pusty. Biedny Stefan chciał się z nimi pobawić a one uciekały, złe te sarny. Ale wracając do naszej drogi to szliśmy sobie tak beztrosko, częstotliwość zadawania przez moją osobę pytań „Daleko jeszcze?” wzrastała wprost proporcjonalnie do przebytej drogi. Wyszliśmy sobie tak na błotną drogę, Dagmara tylko zapytała którędy idziemy, ja chciałem tą drogą bez błota, ale wiadomo którędy poszliśmy.

Po przebyciu wielkiego pola i butach cięższych o kilka kilogramów błota doszliśmy do stolika i ławki, udało mi się odpocząć ze 2 minuty i już szliśmy dalej przez rzeczkę gdzie napotkaliśmy „Most Krzysztofa” i wreeeeszcie dotarliśmy do szlaku różowej kropki, to nie żart, różowe kropki były na znakach 🙂 Leźliśmy tak tym szlakiem i błotami aż co okazało się cudem, dotarliśmy do … Koziej Góry (że ludzie mają takie pomysły na nazwy) może tam wypasali kozy, zanim zrobili z tych terenów poligon wojskowy, ale ja to myślę że nie mieli innego pomysłu i ktoś zażartował, a inni byli tak pijani że zaakceptowali nazwę.

Jako że wiedziałem już gdzie jestem i że ta Kozia góra jeszcze daleko do miejsca docelowego, myślałem ponownie że usnę gdzieś w ciepłym błocie 🙂 Szliśmy sobie tak już do Prudnika i szliśmy, normalnie sam nie wiem jakim cudem doleźliśmy, ale udało się.

W sumie całą wyprawę uważam za udaną mimo że planowaliśmy przejść tylko kilka km ze Stefanem, a przeszliśmy ponad 16 km.

Dochodząc do Prudnika śpiewałem Alleluja, ludzie się jakoś dziwnie patrzyli.

Poniżej mapka jak szliśmy.