Deszczowa noc

deszczowa noc

Całą noc lało, nie żeby padało – lało. Deszczowa noc, długo wyczekiwana. Uff powiedziałby Młody. O poranku powietrze pachniało wilgocią, a ja przywitałam go kolejny raz z Młodym u boku. Postanowiłam przecież wstawać o 6, to co się będę sama nudziła 😉 Dzieci po prostu mają radar. Starsza mniej, może z tego się wyrasta – daje to jakby nie patrzeć jakąś nadzieję.

Wczoraj byliśmy w lesie

Przywitał nas lekkim zaduchem, było jakoś tak sucho i zarazem duszno, mam wrażenie, że burza wisiała w powietrzu. Zawisła jednak na dobre, bo ani widu jej ani słychu do wieczora… A ja, ja zostałam pożarta przez owady, nie wiem jakie bo ślady na moich nogach nie wskazują żeby były to komary. No cóż uroki lasu latem, biorę go mimo to… chociaż pajęczyn zgarniać na twarz nie lubię. Lubię za to robić zdjęcia, wczoraj jednak nie dopisywało mi światło, słonko skryte za chmurami tylko chwilami oświetlało nam drogę. Było pochmurno, a ja nie mam przekonania do zdjęć pozbawionych tego blasku, no i nie wiem jak ludzie ale ja w biegu za dzieciakami, albo z jednym na rękach nie potrafię zatrzymać się na sekundę i strzelić bez słońca, albo to nieostre albo jakieś takie byle jakie. Może w tej bylejakości jest jakaś magia, spróbuję jej poszukać. Chyba tylko to mi pozostaje, bo na więcej czasu do celowania i ustawiania sprzętu liczyć póki co nie mogę. Statyw brzmi już zupełnie kosmicznie. I tak super, że w ogóle udało się wrócić do taszczenia aparatu do lasu, że zaczyna mieć to jakikolwiek sens.

Tak tak, znowu męczyłam wrzosy… szukam szukam, szukać będę aż znajdę, albo aż zwiędną 😉 Ja polowałam, a dzieciaki lepiły kotlety z błota i biegały jakby je z klatki wypuścili 🙂 Lubię te nasze wspólne spacery, jestem za nie bardzo bardzo wdzięczna.

Wczorajszy wieczór i dzisiejszy dzień dały mi okazję by zaufać sobie i swoim kompetencjom. Zrobiłam to. Zrobiłam to co uznałam za słuszne i nigdzie nie szukałam potwierdzenia. Jestem z siebie dumna i ogromnie sobie za to dziękuję. Poczułam moc. Zauważyłam też, co również nie jest nowością, że mając jakieś plany staram się dorzucić coś jeszcze, choćby troszkę… co skutkuje irytacją i kończy się moje błogie zen. Wiem już czego sobie nie robić, teraz czas wprowadzić to w życie.

Póki co minęły dwa dni mojego postanowienia na ten tydzień. Większość punktów wypełniam bez większego problemu, dziś nie udało się pooddychać o poranku, chociaż balkon stał otworem. Szkoda, bo nawet w domu czuć było wilgoć, którą zostawiła po sobie deszczowa noc. Czuję ogromną ciekawość jesieni… aż sama się sobie dziwię, bo nigdy szczególnie nie przepadałam za tą porą roku. Teraz jestem jej ciekawa, jakbym miała odkryć na nowo, nauczyć się. To już bardzo blisko.

Uciekam. Książka czeka. Dobrej nocy.

Dodaj komentarz